Felietony

Michał Murgrabia: Czy zastąpią nas „nowi Polacy”?

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Michał Murgrabia: Czy zastąpią nas „nowi Polacy”?

Nasi umiłowani rządzący, zarówno z lewej, jak i z tzw. prawej strony, starają się wykonywać polecenia brukselskich eurokomunistów i to bez zbędnego ociągania się. Na potrzeby polityki wewnętrznej zarzekają się jedni przez drugich, że nie przyjmą żadnego imigranta w ramach narzuconego nam Paktu Migracyjnego. Jak to wyjdzie? Możemy się domyślać. Ba! Możemy być praktycznie pewni, że nas okłamią. Czego dotyczy Pakt? Pakt zakłada wdrożenie systemu relokacji imigrantów.

Nowe przepisy mają sprawić, że ujednolicone zostanie prawo oraz procedury na szczeblach krajowych, w zakresie kwestii azylowych oraz szeroko rozumianej polityki migracyjnej w UE. Usprawnione zarządzanie migracją zakłada, że pomiędzy kraje członkowskie UE będą rozdzielani imigranci, oczywiście wedle uznania starszych i mądrzejszych, komu i ile. O ilu osobach jest zatem mowa?

Pomiędzy poszczególne państwa będzie trzeba przymusowo rozlokować co najmniej 30 tys. osób rocznie. Powie ktoś, że to i dużo i mało. Być może i mało, w końcu to tylko ilość odpowiadająca małemu miastu, a te mają to do siebie, że są małe. Dochodzi do tego jednak cała masa niekontrolowanych pokonywaczy przemytniczych szlaków. W przypadku odmowy państwa te będą miały tylko jedną alternatywę – zapłacić ekwiwalent finansowy w wysokości 20 tys. euro za każdą nieprzyjętą osobę.

Jak widać wyłamywanie się z „dobrowolnej” solidarności słono kosztuje. Określenia „dobrowolna” użyli sami eurokomuniści. My wiemy jednak, że istnieją miękkie formy nacisku, takie jak działania lobby, szantaż, bądź skorumpowanie polityków. Przewidziano również mechanizm wzmocnionej solidarności, dla sytuacji nagłych. Załóżmy, że na greckim wybrzeżu desantują się nachodźcy, a u nas zdążyła już nieco osłabnąć gorliwość imigrantów na granicy z Białorusią, a do tego unijna wierchuszka już o tym zdążyła zapomnieć.

Co wtedy? Być może zostaniemy wskazani jakimś niewybranym przez nikogo palcem, jako ci, którzy mają otworzyć drzwi obcym. W przeciwnym razie zostanie nam podsunięta pod nos czapka i będziemy musieli dorzucić się cwaniakom do ich euro-garnuszka. W najlepszym razie trzeba będzie płacić wysokie kary, choć nie jest to wcale takie pewne, że pozwolą nam się z tego w ten sposób wykpić.

To tyle, jeśli idzie o Pakt Migracyjny. Przejdźmy do naszych polskich realiów i tego co nam początkowo szykował PiS, a teraz wdraża PO. Prawdopodobnie są to podwaliny pod realizację bandyckich unijnych postanowień relokacyjnych. Z naszej strony bardzo mocno w sprawę masowej imigracji zaangażowało się Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej, a konkretniej Departament Pomocy i Integracji Społecznej. Ono bowiem widnieje jako organ odpowiedzialny z ramienia polskiego rządu, w dokumentach określających wymiar i metodę organizacji pracy Centrów Integracji Cudzoziemców.

W ramach tego „wspaniałego” planu ma zostać utworzonych 49 takich centrów. Mają powstać w każdym byłym i obecnym mieście wojewódzkim. W ramach programu pilotażowego przeprowadzonego za rządu PiS, powstało przynajmniej kilka takich Centrów: 5 w Wielkopolsce, 1 w Opolu i 1 w Rzeszowie. PO kontynuuje tylko działania swoich poprzedników.

Co zawierają wytyczne sygnowane logiem Ministerstwa Rodziny (sic!)? Wytyczne mają przybliżyć „sposób działania” podmiotom chcącym „otworzyć i prowadzić takie Centrum”. Istnieją trzy modele organizacji Centrów: albo organizują je Urzędy Marszałkowskie, albo jednostki Samorządu Terytorialnego, albo zewnętrzne podmioty, które wygrają nabór. Przeważa właśnie ten trzeci model. Zdecydowaną większość naborów, ponad połowę, przeprowadzaną w poszczególnych województwach, wygrał… Caritas.

Być może dlatego, że dysponuje zapleczem logistycznym oraz posiada nieruchomości w większości takich miast, a być może wynika to z jeszcze innych powodów, o których wie tylko znajomy królika.

Jednym ze źródeł finansowania Centrów jest unijny Fundusz Azylu, Migracji i Integracji (w skrócie FAMI), którym zarządza Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Właściwym ministrem jest więc Tomasz Siemoniak (PO). Organizatorzy Centrów mogą pozyskiwać inne źródła finansowania, u różnych sponsorów. Nie zabraknie również wkładu z budżetu państwa. Częściowo więc za własne pieniądze kupujemy sznur, na którym chcą nas powiesić.

Centra mają być zorganizowane w oparciu o model One-Stop-Shop. Na czym to polega? Chodzi o zapewnienie możliwie szerokiego dostępu do usług oraz informacji w jednym miejscu. Zgodnie z wytycznymi ma to pozwolić na zminimalizowanie konieczności „szukania i korzystania z wielu źródeł, (…) zapewniając szeroki wybór i wsparcie w jednym centralnym punkcie”.

Nie chodzi też wyłącznie o „dostarczenie usług w znaczeniu formalnym, ale również o promowanie aktywnego uczestnictwa i zaangażowania cudzoziemców w życie społeczne i kulturalne Polski. (…) To miejsce, gdzie migranci mogą kontaktować się i zacieśniać relacje z Polakami, przede wszystkim z mieszkańcami lokalnej społeczności, co przyczynia się do budowania więzi międzykulturowych”.

Pytał nas ktoś czy tego chcemy? A tak swoją drogą czy to nie brzmi pięknie? Nie. To brzmi naiwnie i propagandowo. Papier wszystko przyjmie i wiele rzeczy na papierze wygląda dobrze. W praktyce wygląda to jednak zupełnie inaczej. Z samego dokumentu możemy się dowiedzieć np., że może dojść do sytuacji, w której „w danym regionie zostanie zidentyfikowana potrzeba utworzenia kilku Centrów”, bo „niniejsze Wytyczne nie wykluczają również rozwiązania, w którym więcej niż jedno Centrum będzie utworzone w jednym ośrodku miejskim”.

To spotkało Łódź. Tam, według różnych źródeł, planuje się utworzenie 5 lub nawet 9 takich Centrów.

Mieszkańcy lokalnych społeczności dotychczas żyli swoim spokojnym życiem, choć pewnie często niełatwym, aż ktoś nagle postanowił ich na siłę uszczęśliwić. W wytycznych podkreślono, że miejscowe społeczności goszczą „na swoim terenie cudzoziemców”. Sęk w tym, że my ich nie gościmy, nam ich narzuca się siłą. Gościa zapraszamy, bo chcemy, a intruz pojawia się nieproszony. Tak jest w tym przypadku. Do tego dorobiono propagandę i PR, a w tle ktoś już liczy spore pieniądze.

Budżet FAMI przewiduje bowiem wypłacenie podmiotom, które wezmą na siebie tworzenie Centrów Integracji Cudzoziemców (CIC) na obszarze Polski blisko 433 milionów zł. Dotacje z UE są takie kuszące, że krzywda i strach lokalnej społeczności staje się tylko pewnym kosztem, na który stać tych, którzy są prawdziwymi beneficjentami Centrów Integracji Cudzoziemców. Omówimy tutaj tylko formalnych beneficjentów, a nie tych, którzy siedzą w bezpiecznym miejscu.

Dokument wspomina o trzech odrębnych grupach beneficjentów, którym Centra, a dokładniej model One-Stop-Shop wdrażany w centrach, ma przynieść korzyści. Tymi grupami są: imigranci, instytucje obsługujące Centra i my, zwykli Polacy. Podkreśla się przy tym, że CICe są „rozwiązaniem słusznym, niosącym korzyści dla samych beneficjentów jak i dla całej tkanki społecznej w regionie”. Gdy dokument mówi o beneficjentach mowa jest zazwyczaj o cudzoziemcach, względnie o instytucjach. O nas, Polakach, pojawia się tylko kilka w zasadzie mało istotnych wzmianek.

Zakłada się przy tym z góry, że owa tkanka społeczna, którą stanowimy, czy to lokalna czy regionalna, chce tego samego co założyciele projektu i podziela optymizm osób, które wdrażają opisywane tutaj rozwiązania. Jak wiemy dotychczas zablokowano utworzenie takich ośrodków w Gminie Niedźwiedź (mieszkańcy zebrali 1500 podpisów pod swoją petycją), podobnie w Brzegu, tam również zebrano podpisy pod petycją, a radni ją jednogłośnie poparli.

W Suwałkach prezydent oznajmił, że nie wykona decyzji wojewody w tej sprawie, a w Siedlcach, również na podstawie petycji mieszkańców, przygotowano uchwałę przeciwko utworzeniu CIC, którą radni poparli jednogłośnie. Na początku kwietnia odbył się również protest przeciwko utworzeniu CIC w Płocku. Czy to świadczy o naszym entuzjazmie i otwartych ramionach, czy raczej o sprzeciwie opartym na doświadczeniu płynącym z Zachodu? Jak widać, mimo całej propagandy, chcemy być mądrzy przed szkodą. Oby było nas coraz więcej.

Wróćmy jednak do owych korzyści, które mają odnieść imigranci korzystający z pomocy Centrów, ale i „samych instytucji i organizacji oferujących konkretne usługi” w tych Centrach, które również odniosą z tego ogromne korzyści. O jakich korzyściach mówi dokument? O wszelakich. Opisano w nim taki zakres wsparcia, o jakim wielu Polaków może co najwyżej pomarzyć. Usługi, a raczej przywileje, oferowane w Centrach obejmują możliwość załatwienia wielu spraw lub skorzystania „z różnorodnych usług w jednym miejscu”, co oszczędzi imigrantom ich „czas i wysiłek”, a przy tym „minimalizuje powielanie działań oraz biurokrację”.

Cudzoziemcy mają mieć „wygodę, uproszczenie procesów i zwiększoną efektywność kompleksowego wsparcia (…) w procesie decyzyjnym”. Ponadto mają mieć „jasny dostęp do informacji i usług”, a współpraca pomiędzy instytucjami ma doprowadzić do „lepszej koordynacji i efektywnego rozwiązywania [ich] problemów”. Należy tak im świadczyć pomoc, aby ułatwić im „proces podejmowania decyzji” oraz usprawniać komunikację i jak najlepsze zrozumienie, w tym przezwyciężenie bariery językowej.

Przede wszystkim należy dążyć do tego, aby „poprawić doświadczenie beneficjenta” i zadbać o jego dobre samopoczucie. Tym, którzy będą potrzebowali „szybkiego załatwienia wielu spraw” należy umożliwić „skrócenie czasu oczekiwania na rezultaty” i w możliwie największym stopniu „ułatwić im dostęp do niezbędnych dla nich usług”. Ponadto powinno się „dostosowywać ofertę, do indywidualnych potrzeb beneficjentów” i udzielać im wsparcia „tak długo, jak długo jest to niezbędne dla ich potrzeb”, co jasnym jest, że sprzyjać będzie pasożytnictwu.

Ponad wszystko wsłuchiwać się należy w zgłaszane przez nich wszelkie uwagi. A Polak? Niech czeka w kolejce, bo dla niego są zwykłe terminy administracyjne i nie potrzebuje uprzywilejowanego traktowania.

Co oferować będą Centra? Nie każde realizować będzie pełen pakiet zalecanych usług zawartych w Wytycznych. Mimo to oferta jest imponująca, obejmuje bowiem naukę języka polskiego, pomoc asystentów adaptacyjnych, punkt informacyjny, wsparcie prawne i psychologiczne, kursy adaptacyjne, wsparcie psychospołeczne, doradztwo zawodowe, tłumaczenia zwykłe oraz przysięgłe dokumentów, czy zespoły mobilne. A to wszystko bezpłatnie. Ze względu na długość artykułu omówię tylko kilka z nich.

Wadą kursu języka polskiego jest jego niska efektywność, co przyznają nawet pomysłodawcy projektu, piszą oni bowiem, że „praktyka pokazuje jednak, że liczba godzin określonych w rozporządzeniu nie jest wystarczająca”. Dobrze byłoby więc, żeby „cudzoziemcy mieli możliwość uczenia się na kursach językowych, które w swoim założeniu będą obejmować znacznie większą liczbę godzin”. Kto ma im to zapewnić? Ministerstwo wskazuje na to, że ważne jest, aby imigrantów zachęcać do nauki języka polskiego i „zapewnić odpowiednie działania motywujące”.

Ważne jest, aby byli obecni, pilni i zmotywowani. Co więc proponują? Pobiorą od nich zwrotną kaucję. Skąd nachodźcy wezmą na to pieniądze? Czy z własnej kieszeni czy z naszych podatków? Ponadto po przekroczeniu jakiegoś progu nieobecności poinformuje się ich o „wykreśleniu z listy słuchaczy”. Z pewnością się tym przejmą. Do tego proponuje się nagrody za 100% frekwencję. Co ma być tą nagrodą i kto ją sfinansuje?

Jeśli to będzie nagroda pieniężna to jakiej wysokości? Oczywistym jest, że sama obecność na zajęciach nie oznacza, że ktoś się przykłada. Na tym nie koniec, warto bowiem „stworzyć możliwość nauki (…) częściowo online”. Kto zatem opłaci zakup komputerów lub innych urządzeń do nauki? Kto zapewni i pokryje koszt dostępu do Internetu? A wreszcie kto zabezpieczy zakupiony sprzęt przed ewentualną kradzieżą, zniszczeniem lub niewłaściwym użytkowaniem? Widocznie stać nas na to.

W ramach doradztwa zawodowego imigranci będą kierowani na „szkolenia podnoszące kompetencje zawodowe”. Doradztwo obejmuje także „przygotowanie dokumentów aplikacyjnych na dane stanowiska pracy”, czy „do rozmowy kwalifikacyjnej”.  Natomiast w ramach wsparcia psychospołecznego będą mogli korzystać z warsztatów arteterapeutycznych, zajęć sportowych, warsztatów antystresowych, warsztatów kulinarnych czy wyjść do teatru i na koncerty.

Do tego wszystkiego oferuje się możliwość „celebrowania świąt i uroczystości ważnych dla cudzoziemców i społeczeństwa przyjmującego”. Co to oznacza? Mamy udawać, że świętujemy z nimi ramadan, a może będziemy wspólnie czytać Koran? To tylko próbka szerokiego wachlarza możliwości oferowanych w Centrach. Wszystko za free.

W jakich godzinach pracują w Polsce urzędy? Zwykle trzeba poświęcić dzień wolnego, aby coś załatwić. Specjalnie dla imigrantów „punkt informacyjny ulokowany w Centrum Integracji Cudzoziemców powinien być dostępny 5 dni w tygodniu (…) co najmniej w jednym dniu do godziny 19:00”. Na Polaków nikt nie czeka w urzędzie do 19.00. Na tym jednak nie koniec. W dokumencie wyraźnie zaznaczono, że „udzielanie pomocy będzie obejmować o wiele szerszy zakres niż wyżej wymieniony”. To oznacza spełnianie praktycznie wszystkich możliwych oczekiwań przybyszów.

Polak, a tym bardziej przedsiębiorca, traktowany jest we własnym kraju prawie jak złodziej. Czy kiedykolwiek byliśmy postrzegani, przez władzę różnego szczebla, tak jak imigranci, chociażby w omawianym przeze mnie dokumencie? Czy ktoś chciał nam w jakimkolwiek urzędzie, aż tak nadskakiwać? Widocznie w oczach rządzących imigranci stanowią niebywałą wartość, większą niż tubylcy. Zresztą kto by się tam nami przejmował, jesteśmy w końcu tylko obywatelami drugiej kategorii.

Wniosek nasuwa się sam: Imigranci znajdą się w korzystniejszej sytuacji niż my. Moje słowa, przynajmniej pośrednio, podzielają sami twórcy tego dokumentu, ponieważ jak stwierdzają, „Korzystanie z pomocy niesionej w Centrach (…) może być postrzegane negatywnie przez społeczność lokalną, ponieważ usługi oferowane w Centrach są darmowe dla beneficjentów i cudzoziemcy mogą być postrzegani jako konkurencja”.

To akurat nie jest największy problem. To czego się obawiamy to wzrost przestępczości i powstawanie skupisk, które de facto wyłączą części miast z użytkowania, chociażby dlatego, że powstaną tam narkotykowe getta. Swojego czasu spierałem się z Zandbergiem, który przy świadkach zaprzeczał jakoby we Francji miały istnieć tzw. strefy No-Go. Chodzi o miejsca, do których nie wjeżdżają praktycznie żadne służby ze względu na wysoką przestępczość i gettoizację tych obszarów. Twórcy Wytycznych widzą sprawy jednak inaczej.

Podkreślono w nich, że „najważniejsze jest bezpieczeństwo beneficjentów” (nie mylić z Polakami!). Mało tego, przestrzega się przed zagrożeniem z naszej strony, ponieważ „należy mieć na uwadze, że utworzenie Centrum może mieć nie tylko pozytywny wpływ na zachowania okolicznych mieszkańców”. Jeśli nie pozytywny, to jaki? Sugeruje się, że to nas mogą się obawiać cudzoziemcy, a nie my ich. Cóż za absurd! Czy to nie my powinniśmy obawiać się coraz większej ilości Gruzinów, Czeczenów i Kolumbijczyków[1] przybywających do Polski?

Wśród słabych stron Centrów nie wymienia się żadnego punktu, który dotyczyłby mieszkańców. Dla nas to przecież same plusy. Jakie? Dokument wymienia trzy korzyści, ale o nich za chwilę. Zasadniczo o mieszkańcach wspomina się mimochodem, prawie nas się w tym dokumencie pomija, a jak już się pojawiamy, to zwykle przedstawia się nas w negatywnym świetle. W dokumencie podkreślono jedną ważną rzecz, że CIC działa „w interesie mieszkańców”. Jakie nasze sprawy będą tam realizowane? Żadne.

Dokument mówi natomiast, choć dość zdawkowo o tym, że obecność takiego Centrum wpłynie na „bezpieczeństwo publiczne, demografię czy rozwój gospodarczy”. Oto owe korzyści. W Wytycznych dosłownie poświęcono temu jedno zdanie (sic!), ale nie wyjaśniono tego co przez to rozumieją inicjatorzy projektu. Zrobię to więc za nich.

Jak zamierza się zapewnić bezpieczeństwo publiczne? Nie wyobrażam sobie, żeby monitorowano każdego przebywającego w danym mieście cudzoziemca albo zwiększono ilość patroli policyjnych, ponieważ te cierpią na poważne braki kadrowe. Ewidentnie jest to wyłącznie przejaw naiwności. Zachód, znacznie lepiej przygotowany od nas pod tym względem, zupełnie nie radzi sobie z sytuacją.

Jak skomentować to, że element napływowy, obcy nam, ma zamiast nas, bądź obok nas, wpływać na poziom demografii w Polsce? Czy nie chodzi o podmianę społeczeństwa? Jeśli tak wygląda to na zaplanowaną dla nas przyszłość, to może się wkrótce okazać, że będziemy nie autochtonami, a mniejszością we własnym kraju. Oczywiście początkowo nie w skali makro, ale w skali mikro już tak.

Finalnie Polska zmieni się w jeden wielki bałagan. W dłuższej perspektywie oznacza to bowiem trwałą zmianę strukturalną lokalnych społeczności, a w ogólnym kontekście całej Polski. Rządzący braki w ludziach chcą uzupełnić przybyszami i ich potomstwem. To na nich się stawia w tej kwestii. Czy najlepszy dowodem na to nie jest fakt, że Wytyczne sygnowane są przez Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej?

Nieustannie podtrzymuje się narrację jakoby pierwszymi w kolejności beneficjentami Centrów były „osoby będące w kryzysie uchodźczym”, bądź „z doświadczeniem uchodźczym”. Na pierwszym miejscu wymienia się tych, którzy są „uchodźcami wojennymi”. Czy imigranci relokowani w ramach Paktu Imigracyjnego to uchodźcy wojenni? Czy my, jako Polska, mamy obowiązek jako pierwsi przyjmować imigrantów z Bliskiego Wschodu, którzy uciekają np. przed terroryzmem lub nawet przed wojną? Czy Polska jest dla nich najbliższym sąsiadem, w którym nie toczy się wojna? Oczywiście to tzw. „pytanie retoryczne”.

W mojej ocenie to jest próba wywierania emocjonalnego szantażu na Polakach, którzy łatwiej się zlitują nad uchodźcą wojennym niż imigrantem zarobkowym. Gdyby pominąć specyfikę uchodźców z Ukrainy, okazałoby się, że większość imigrantów przybywających do Polski, to właśnie ludzie poszukujący lepszego i dostateczniejszego życia. Nie dajmy się szantażować. Rozwoju gospodarczego nie zapewnią nam ani osoby straumatyzowane wojną, ani „inżynierowie” z Afryki czy Bliskiego Wschodu.

Wspominam o nich, ponieważ stale wzrasta ilość imigrantów z krajów gdzie główną religią jest islam, czyli Turcja, Somalia, Erytrea, Etiopia, Afganistan, Jemen, Tadżykistan, Egipt, Sudan, Pakistan, Irak, Iran czy Maroko.

Na koniec przywołam trochę liczb, ponieważ dobrze byłoby je zapamiętać. Wytyczne sugerują, że miejsce wybrane pod Centrum powinno znajdować się w centrum miast, a do tego musi być „dostatecznie reprezentacyjne” (najlepiej hotel pięciogwiazdkowy) i bezpieczne, czyli nie „w częściach miasta, które mają podniesiony współczynnik przestępczości”. Oto zatroszczą się już sami nowoprzybyli-Polacy, bo chyba niewielu ma jeszcze jakieś wątpliwości, że dokonywana jest podmiana struktury polskiego społeczeństwa.

Niech liczby uświadomią to tym z nas, do których to jeszcze nie w pełni dotarło. Począwszy od 2023 r. do lutego 2025 r., złożono ponad 1 150 000 wniosków o pobyt w Polsce. Same wnioski rozpatrzono pozytywnie w 87% w 2024 r. i 89% w 2023 r. Znaczna część z cudzoziemców odwołała się od negatywnych decyzji. Skutkowało to zmianą decyzji na pozytywną, w aż 45% w 2023 r. i w około 30% w 2024 r. Ponadto w obydwu latach ponad 10% dalszych wniosków skierowano do ponownego rozpatrzenia, więc liczba pozytywnie rozpatrzonych wniosków z pewnością będzie jeszcze wyższa.

Dane pochodzą z Urzędu do Spraw Cudzoziemców i można je w każdej chwili zweryfikować.

Wniosek jest prosty: nasza granica jest dziurawa jak ser szwajcarski i to jest ostatni moment, żeby zareagować i stawić jakiś opór. Organizujcie się, protestujcie, zbierajcie podpisy pod petycjami, brońcie się! Drugiej szansy możemy już nie dostać.

[1] Kolumbia jest jednym z krajów z najwyższą przestępczością na świecie (odsetek zabójstw z broni palnej).

Polecamy również: Państwowe muzeum w Warszawie oskarża Polaków o kolonializm

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!