Stanisław Michalkiewicz: Wojna, pieniądze i centaury
2 kwietnia amerykański prezydent Donald Trump wypowiedział w imienu Stanów Zjednoczonych wojnę handlową reszcie świata. Nie tylko tradycyjnym nieprzyjaciołom Ameryki, ale przede wszystkim – jej przyjaciołom, czyli wasalom. Jak bowiem powiedział prezydent Trump w okazjonalnym przemówieniu, ci przyjaciele okazywali sie gorsi od wrogów. To się często zdarza – o czym świadczy popularne porzekadło: chroń mnie Panie Boże od przyjaciół, bo z wrogami jakoś sobie poradzę.
Więc zgodnie z zapowiedzią prezydenta Trumpa nałożone zostały cła 20 procentowe – na Unię Europejską, a na Chiny – nawet ponad 30-procentowe. Komentatorzy powiadają w związku z tym, że prezydent Trump wysadził w ten sposób w powietrze cały światowy porządek ekonomiczny, jaki ukształtował się po ogłoszeniu końca “zimnej wojny”. Warto przypomnieć, że już raz coś podobnego się zdarzyło; oto 15 sierpnia 1971 roku prezydent Nixon wysadził w powietrze światowy system finansowy, ukształtowany w 1944 roku na konferencji w Bretton Woods.
Wprawdzie w 1944 roku USA nie wymieniały już dolarów na złoto w stosunkach detalicznych, ale zachowały wymienialność dolara w transakcjach międzynarodowych. Dzięki temu dolar zachowywał standard złota i na nim właśnie opierał się światowy system finansowy. Inne waluty odnosiły swoją wartość do dolara i tak to funkcjonowało aż do lat 60-tych. W latach 60-tych bowiem pojawiły się wielkie ilości amerykańskich dolarów poza granicami USA.
Były to tzw. “eurodolary”, które udało sie zgromadzić państwom europejskim, korzystającym z “Planu Marshalla” – oraz tzw. “petrodolary”, które zgromadziły kraje naftowe, dzięki gwałtownemu rozwojowi motoryzacji i komunikacji lootniczej po II wojnie światowej. Te eurodolary i petrodolary stwarzały piewien problem dla Ameryki, bo gwoli podtrzymania parytetu dolara, USA musiały od czasu do czasu sprzedawać złoto ze swoih rezerw, co budziło w Ameryce krytykę – że cały świat korzysta z dobrodziejstw stabilnego systemu finansowego, ale tylko Ameryka musi za to płacić.
Ci krytycy taktownie nie pamiętali, że z faktu, iż dolar stanowi walutę światową, Stany Zjednoczone ciągną grubą rentę. I kiedy w 1971 roku Francja zagroziła, że zażąda wymiany wszystkich swoich eurodolarów na amerykańskie złoto, prezydent Nixon uznał, ze zabawa posuwa się za daleko i ogłosił, ze USA odstępują od porozumienia z Bretton Woods. W ten sposób od 15 sierpnia 1971 roku świat odszedł od standardu złota i w obiegu pojawił się tzw. :pieniądz fiducjarny”, to znaczy taki, który ma wartość dlatego, że ludzie wierzą, że ma wartość.
W rezultacie upadła ostatnia bariera przed pokusą produkcji “pustego” pieniądza przez banki emisyjne, które są dodatkowo zachęcane do tego przez rządy, bo to rodzi inflację, czyli tzw. “podatek emisyjny”, przy pomocy którego lokalne biurokratyczne gangi grabią współobywateli. O skali produkcji “pustego” pieniądza świadczy okoliczność, że gdy na Dalekim Wschodzie wybuchł kryzys finansowy, to przy okazji wydało się, że na świecie obraca się sumami pieniędzy kilkakrotnie przekraczającymi wartość bogactwa, jakie w ogóle istnieje na Ziemi.
W rezultacie stopniowo przestało mieć znaczenie, ile kto produkuje węgla, stali, ropy i tak dalej – a na czoło wiadomości gospodarczych wysforowały się rewelacje, jak jeden grandziarz finansowy wydymał drugiego finansowego grandziarza – od czego przecież bogactwa nie przybywa. Ale nie jestem pewien, czy intencją prezydenta Trumpa jest rzeczywiście w wysadzenie w powietrze dotychczasowego ładu gospodarczego. Jak wynika z jego przemówienia, żywi on nadzieję, że państwa zaatakowane amerykańskimi cłami opamietają się i obniżą swoje taryfy celne, dzięki czemu sytuacja wróci do normy i wojna celna będzie mogła się zakończyć.
Tymczasem gdy na naszych oczach chwieją się fundamenty świata, nasi Umiłowani Przywódcy dali w Sejmie przedstawienie, które potwierdza w całej rozciągłości, że uprawianie prawdziwej polityki mają oni surowo zakazane, w związku z czym skazani są na zajmowanie się tzw. “pierdołami”. No więc Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński stanął obok mównicy sejmowej, na której brylował Wielce Czcigodny Roman Giertych i nazwał go “sadystą” i “łobuzem”.
Potem, kiedy wicemarszałek Zgorzelski wyłączył mikrofony przy mównicy, Naczelnik Państwa miał dodatkowo nazwać Wielce Czcigodnego Romana Giertycha “śmierdzielem” i “mordercą”. Musiało to zrobić wrażenie na Wielce Czcigodnym, bo wieczorem musiała go utulać w tej żałości restortowa “Stokrotka”, czyli pani red. Olejnik, która nieomal przygarnęła go do wezbranej współczuciem piersi. Na zaczepki ze strony Naczelnika Państwa Wielce Czcigodny Roman Giertych poinformował całą Polskę, że obstalował sobie badanie swego drzewa ginekolo… – to znaczy pardon; jakiego tam znowu “ginekologicznego”?
Nie żadnego “ginekologicznego”, tylko oczywiście – genealogicznego. Stamtąd dowiedział się, że jest wujem Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, więc zaproponował mu, by mówił mu on: “wuju”. Naczelnik Państwa ani myślał zadośćuczynić tej propozycji, ale dzięki informacji o obstalowaniu sobie przez Wielce Czcigodnego badania drzewa genealogicznego , natychmiast pojawiły się na mieście fałszywe pogłoski, jakoby Wielce Czcigodny Roman Giertych był w prostej linii potomkiem rzymskiego senatora imieniem Incitatus. T
en senator był koniem, którego do Senatu wprowadził cesarz Kaligula i nawet dodał mu do towarzystwa klacz Penelopę, z która senator Incitatus dochował się potomstwa. Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach, jakoby Wielce Czcigodny pochodził w prostej linii od Incitatusa i Penelopy, nie ma ani słowa prawdy, bo w przeciwnym razie Wielce Czcigodny Roman Giertych musiałby być centaurem, a według ekspertów istnienie centaurów nie zostało naukowo potwierdzone. Co prawda znaleźli się u nas świadkowie, którzy widzieli żywego centaura.
Było to w czasach stalinowskich, kiedy w Królikarni urządzono wystawę obrazów Pabla Picassa. Picasso był członkiem Partii Komunistycznej, więc jego obrazy uchodziły za szalenie postępowe, jednak u działaczy ukształtowanych przez socrealizm, wzbudzały odruchy wymiotne. Jeden z takich działaczy, już ostatkiem sił powstrzymujący wspomniane odruchy, trafił wreszcie do ostatniej sali, gdzie był wystawiony realstyczny obraz Picassa, przedstawiający centaura. – “A jednak to wielki artysta – zakrzyknął z ulgą działacz – Centaur, jak żywy!”
Widocznie gdzieś widział żywego centaura – ale nie takie rzeczy ludzie wtedy widywali. Inna sprawa, że gdy się tak uważnie przyjrzeć Wielce Czcigodnemu, to pewne skojarzenia się narzucają – ale ani słowa więcej – bo jeden proces mi wystarczy.
Polecamy również: Nowy pogrom na Zachodnim Brzegu
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!